
The One That Stayed / Obraz, który został
I wrote this work in honour of a colleague I had the privilege of knowing through the language school where we worked. Once met, never forgotten. She was small, slight, with a sharp pixie cut and eyes that missed nothing — light, quick, with a natural grace and extraordinary intelligence that made her seem both grounded and remarkable. Sharp intelligence, quick thinking, and a presence people trusted instinctively. Her students adored her. Her friends admired her. I felt lucky to know her at all.
The Saturday warmth settled over Gliwice like a soft veil, turning the Rynek’s brickwork honey‑gold. By early afternoon, the bar enclosure at the edge of the square was already alive — red and white everywhere, faces painted, shirts bright, the long, comic drone of vuvuzelas drifting between buildings like a stubborn summer insect that refused to leave.
I found my friends gathered around a table, drinks sweating in the heat, everyone already half‑hoarse from practising “Polska, Biało‑Czerwoni” ahead of the crucial Czech match. There was that unmistakable Polish mixture of hope, humour, and fatalism — the sense that whatever happened, the singing would carry you through.
Then came her arrival: that unmistakable deep Vespa growl, a rising pitch cutting through the noise of the Rynek. She wove confidently along the side street, the Polish flag tied around her shoulders like a cape, snapping behind her as she braked with cheerful certainty. People turned, smiled, nudged each other. She lifted her helmet, shook out her hair, and walked straight into the enclosure as if stepping into the heart of the day.
She sat with us, flag still draped around her, and sang with full‑bodied gusto — every chant, every hopeful roar, every ironic “Nic się nie stało” when the match began to slip away. She was part of the day’s pulse, part of its humour, part of its stubborn joy.
Hours later, after the match, after the songs had softened into conversation, I saw her one more time — flying down a sunlit street, flag still billowing behind her, as if she were carrying the day’s spirit home. She waved again, and in a moment she was gone, leaving only the warm air trembling in her wake.
A small, perfect image. The one that stayed.
Napisałem ten tekst na cześć koleżanki, którą miałem zaszczyt poznać w szkole językowej, gdzie razem pracowaliśmy. Kto raz ją spotkał, ten nigdy jej nie zapomni. Była drobna, lekka, z krótką fryzurą i bystrym spojrzeniem, które dostrzegało każdy szczegół — z tą naturalną gracją i niezwykłą inteligencją, które sprawiały, że wydawała się pewna siebie, a zarazem wyjątkowa. Błyskotliwa, szybka w myśleniu, miała w sobie coś, co natychmiast budziło zaufanie. Jej uczniowie ją uwielbiali. Przyjaciele podziwiali. A ja czułem się wielkim szczęściarzem, że mogłem ją znać.
Czerwcowe ciepło osiadało nad Gliwicami jak miękki welon, zamieniając ceglaną zabudowę Rynku w miodowe złoto. Wczesnym popołudniem ogródek piwny na skraju placu już tętnił życiem — wszędzie biało‑czerwone barwy, pomalowane twarze, jasne koszulki, a długi, komiczny dźwięk wuwuzeli unosił się między kamienicami jak uparty letni owad, który nie chce odlecieć.
Przyjaciele siedzieli już przy stole, kufle rosiły się w upale, a wszyscy byli pół‑ochrypli od ćwiczenia „Polska, Biało‑Czerwoni” przed decydującym meczem z Czechami. Ta niepowtarzalna polska mieszanka nadziei, humoru i lekkiego fatalizmu — poczucie, że cokolwiek się wydarzy, śpiew poniesie nas dalej.
A potem jej przyjazd: to głębokie, pewne mruczenie Vespy, dźwięk przebijający się przez hałas Rynku. Jechała pewnie boczną uliczką, z polską flagą zawiązaną jak peleryna, trzepoczącą za nią, gdy hamowała z radosną pewnością. Ludzie odwracali się, uśmiechali, szturchali znajomych. Zdjęła kask, potrząsnęła włosami i weszła prosto do ogródka, jakby wchodziła w sam środek dnia.
Usiadła z nami, flaga wciąż na ramionach, i śpiewała z pełną energii pasją — każdy okrzyk, każdy pełen nadziei doping, każde ironiczne „Nic się nie stało”, gdy mecz zaczął wymykać się z rąk. Była częścią rytmu dnia, jego humoru, jego upartej radości.
Godziny później, po meczu, gdy śpiewy zamieniły się w rozmowy, zobaczyłem ją jeszcze raz — pędzącą słoneczną ulicą, z powiewającą flagą, jakby niosła ze sobą ducha tego dnia. Pomachała, i w jednej chwili już jej nie było, zostawiając tylko ciepłe powietrze drżące po jej przejeździe.
Mały, doskonały obraz. Ten, który został.
The One That Stayed
A warm June Saturday in Gliwice,
the kind of early‑summer gold
that settles gently on the streets,
quiet, generous, unforgettable.
We sat in the bar enclosure,
glasses misting, shirts red and white,
singing Polska, Biało‑Czerwoni
for the clash with the Czechs,
with the hopeful rhythm
of people who trust in songs —
and in the fearless ones among them.
Then you arrived —
small, slight,
with that tomboyish grace
that made confidence look effortless,
as if the whole town
were simply an extension
of your own sure stride.
I heard you before I saw you —
that low Vespa growl
rising above the noise of the day,
the sound that made me look up
before I even knew it was you.
You pulled up at the edge of the square,
flag tied like a bright cape
lifting behind you in the warm air.
People smiled —
not out of surprise,
but recognition:
of course you would arrive like this.
Of course you would claim the day
on your own terms.
You joined us,
sang with that fierce, joyful gusto
your students adored,
your friends trusted —
a quiet strength you carried
without ever naming it.
With our songs of nic się nie stało
the match slipped away —
chants thinning
into warm conversation.
With cold beers in hand
I saw you again —
flying down a sunlit street,
flag still billowing behind you,
as if you were carrying
the day’s spirit home.
You waved again,
and in a moment
you were gone,
leaving only the faint scent
of scooter exhaust mingling with
warm air trembling in your wake.
A small, perfect image —
the one
that stayed.
Obraz, który został
Ciepła czerwcowa sobota w Gliwicach,
pierwsze złoto lata
osiadające na ulicach —
ciche, hojne, niezapomniane.
Siedzieliśmy w ogródku piwnym,
szklanki rosiły się w chłodzie, biało‑czerwone koszulki,
śpiewając Polska, Biało‑Czerwoni
na starcie z Czechami,
w rytmie nadziei,
tych, którzy wierzą w śpiew —
i w tych najodważniejszych między nami.
A potem ty —
drobna, lekka,
z tym chłopięcym wdziękiem,
który sprawiał, że pewność siebie
wyglądała jak coś naturalnego,
jakby całe miasto
było przedłużeniem twojego kroku.
Usłyszałem cię, zanim cię zobaczyłem —
to niskie, pewne mruczenie Vespy,
unoszące się ponad dźwiękami dnia,
ten odgłos, który kazał mi spojrzeć
zanim jeszcze wiedziałem, że to ty.
Zatrzymałaś się na skraju rynku,
flaga jak jasna peleryna
unosząca się w ciepłym powietrzu.
Ludzie się uśmiechali —
nie ze zdziwienia,
lecz z uśmiechu rozpoznania:
oczywiście, że tak przyjedziesz.
Oczywiście, że ten dzień
będzie po twojemu.
Usiadłaś z nami,
śpiewałaś z tą radosną odwagą,
którą kochali twoi uczniowie,
której ufali twoi przyjaciele —
cicha siła,
którą niosłaś bez słów.
Gdy przy naszych pieśniach nic się nie stało
mecz wymykał się z rąk —
śpiewy zamieniły się
w ciepłe rozmowy.
Z zimnym piwem w dłoni
zobaczyłem cię znów —
pędzącą w słońcu,
z powiewającą flagą,
jakbyś niosła ze sobą
ducha tego dnia.
Pomachałaś jeszcze raz,
a po chwili już cię nie było,
zostawiając jedynie lekki ślad
zapachu spalin
mieszający się z ciepłym powietrzem,
które drżało po twoim przejeździe.
Mały, doskonały obraz —
ten, który został
ze mną na zawsze.